Jesli jest to Twoja pierwsza wizyta przeczytaj: FAQ. Jeśli chcesz dodawać posty zarejestruj sie: Rejestracja.


Afryka Wschodnia 2018 - relacja z podroży - Dookoła Afryki

było jak było, ale jak?
piotr102
Awatar użytkownika
Administrator
Posty: 907
Rejestracja: 17 kwietnia 2011, 20:15 - ndz
Lokalizacja: wrocław
Kontaktowanie:

Re: Afryka Wschodnia 2018 - relacja z podroży - Dookoła Afryki

Postautor: piotr102 » 17 września 2018, 11:20 - pn

8.09

Następny dzień naprawy. Naprawiam to, co mi już niby naprawiono. Mechanik jest bardzo dokładny. To denerwuje, ale pozwala też sądzić, że nikt już po nim nie będzie poprawiać. Mechanicy zapraszają mnie do knajpy i wreszcie mogę zjeść zupkę. Wołowy rosół, z całkiem dobrym lanym piwem. Wiedząc ile zarabiają nie mogę się zgodzić aby za mnie zapłacili, ale po kilku komicznych próbach zapłacenia daję sobie spokój, obiecując sobie, że jakoś muszę się odwdzięczyć. Przez zmienne losy naprawy Pitona, niechcący nauczyłem wszystkich mechaników dwóch słów po Polsku: "super" i "kurwa". Nie wiedzą do końca co one oznaczają, ale wiedza doskonale kiedy je powiedzieć i wybuchają śmiechem. Wieczorem szef bierze mnie do domu, aby jutro o 3 w nocy zawieźć na lotnisko po dolatującą ekipę. Robimy rundę po knajpkach z tradycyjna muzyką etiopską i w końcu lądujemy u niego w domu na kawie o północy.
Obrazek

9.09

O 3 pobódka i jedziemy przez nocne miasto imprez. Wszędzie flagi, rozświetlone szyldy dyskotek i knajp. Ludzie się bawią. Dojeżdżamy na lotnisko i okazuje się, że nie można wejść do środka. Czekam na zewnątrz. Chłodno. W końcu po godz. witam Tereskę, Kubę i Gosię. Gadam - mogę się wygadać po prawie dwóch tygodniach mówienia do siebie. Czekamy na Mietka z Kanady z wieloma osobami czekającymi na swojego lidera powracającego z emigracji. Po ostatnich wyborach, gdzie opozycja została dopuszczona do uczestniczenia w rządzie, ludzie są pełni nadziei. Oczekują liberalizacji zapowiadanej przez nową partię, oraz wzrostu gospodarczego. Prywatyzuje się tu już wszystko z dnia na dzień. Z dużym opóźnieniem jest i Mietek. Niestety wydostanie się z lotniska jest problematyczne. Brak komunikacji zbiorowej wymusza korzystanie z taxi, które przez zapotrzebowanie ma specjalne ceny. I tak za 50$ jedziemy do oddalonego o 7 km Hotelu Mena. W hotelu okazuje się, że możemy spać tylko w parach damsko/męskich ale jakoś to omijamy. Jak na Etiopię to lux warunki za 10$. Ja dalej śpię w Pitonie bo nie mam pary :). Jest niedziela - odpoczywamy. Jedzonko z kraju-chlebek i smalec - mniam. Jakaś wódeczka i wieczorek zapoznawczy zaliczony.
Obrazek

10.09

Dzień naprawy Pitona i wyrabianie wizy sudańskiej. Do południa mechanicy składają wszystko do kupy i już mógłbym wyjeżdżać, gdy okazuje się, że jeszcze łożysko w przednim kole jest do wymiany. Trzeci raz wymieniam to łożysko. Dobrze że Łerku znajduje je gdzieś w sklepie i jeszcze tego dnia testujemy Pitona. Zaproszony Łerku - szef warsztatu - na polskie jedzenie skubie wszystkiego po trochu, ale nie jest zachwycony. Zaprasza nas w Nowy Rok etiopski do siebie. Nowy 2011. My świętujemy sylwester i powitanie Nowego w hotelu. Nie jest hucznie, a wręcz wszyscy się rozchodzą o godz. 22 do domów i jest cisza. Za to w nocy ok. 2 zaczyna się impreza w pobliskim kościele ortodoksyjnym. Miauczenie, zawodzenie i wycie budzi nie tylko mnie, ale też grupę która śpi km dalej w hotelu.
Obrazek


11.09

Wtorek - Nowy Rok. Odwiedzamy ambasadę Sudanu, gdzie wyrabiamy wizy do Sudanu. Ambasada zamknięta. Przekładamy wizytę na dzień jutrz. Dzwonimy do Łerku - szefa WD serwis. Łerku przyjeżdża po nas pod ambasadę i korzystamy z zaproszenia na grilla, który organizuje w związku z Nowym Rokiem. Wszyscy są ubrani odświętnie w tradycyjne stroje. Białe szaty wyszywane w różne wzory. Najpierw lunch z tutejszym chlebem - indżera - z zupą, i kurczakiem w pikantnym sosie. Spora przekąska przed grillem. W pobliskim gesthausie Łerku załatwia dla 4 osób nocleg, a ja śpię tradycyjnie w Pitonie. Wieczorem ochroniarz podpala ognisko i grilla, gdzie smażymy kawałki wołowiny. Łerku - właściciel warsztatu ma dwie służące i ochroniarza. Z braku umiejętności o różnym stopniu twardości - smakujemy kawałki świeżej wołowiny. Jest lepsza niż ta przez nas wysmażona. Alkohol podany do jedzenia przekracza nasze możliwości. Różnorodny i z górnej półki. Jest muzyka i przychodzą znajomi i rodzina Łerku z życzeniami. Późno kończymy.
Obrazek

12.09

Rano jedziemy po wizy, które otrzymujemy jeszcze przed otwarciem ambasady - już czekają na portierni. Później odwiedzamy w punkcie zakupu i rejestracji karty sim, zakupy i wyjeżdżamy z miasta. Łożysko koła - niestety - grzeje się i muszę lekko je odkręcić. Początek trasy to autostrada. Szybka. Dookoła zielone wzgórza w jasnym odcieniu odradzającej się zieleni. Pola zboża, jak u nas w maju. Wiosna. Ciągle się obniżamy. Zjeżdżamy z autostrady na normalną drogę, spowalniają nas wioski - gdzie nieprzewidywalne kozy i ludzie skupiają swoje życie podczas dnia na drodze. Przed wieczorem zjeżdżamy na 1000 m npm. Nad jeziorem Bosaka postanawiamy zatrzymać się na noc. Zrobiło się nagle gorąco, a krokodyle wygrzewają się na brzegu. Robimy jedzenie - zupę i gulasz. Miły wieczór przy winie i cicha noc. Odwiedzają nas też 3 miejscowi chłopacy. Nie są natrętni, ale potrafią godzinami wpatrywać się - co robimy.
Obrazek

13.09

Rano niechętnie zbieramy się z tak spokojnego i ciepłego miejsca, jedziemy do Parku Awash. Wjazd wraz z przewodnikiem 130 Brr = 5$/osoba. Sawanna z niewielką ilością zwierząt, ale dużymi stadami oryksa. Na koniec duży, rozwlekły, głośny wodospad i wracamy po 4 godz, na trasę do Harar. Wspinamy się kilka razy na 2500 m npm. Góry gęsto zaludnione. Wioska prawie za wioską, i jak wcześniej z braku komunikacji - ludzie idący wzdłuż drogi. Multum tuk-tuków skupiających się przy wsiach, oraz busików - Toyota - miedzy wsiami. Skromne targowiska i wydaje się ogromny chaos. Często żebracy i młodzież wyciąga rękę po "many, many". W odróżnieniu do wcześniej odwiedzanych krajów, gdzie co wioska to szkoła tutaj jakby ich nie było. Droga przez ukształtowanie i częste wioski bardzo powolna. Robimy tylko 150 km i zatrzymujemy się w hoteliku. Tutaj młodzież jest bardziej bezczelna i otwiera sama sobie drzwi wymuszając kasę. Hotel to nie tylko nocleg ale i ochronka. Zmęczeni odkrywamy, że gulasz popsuł się i zostaje zupa.
Obrazek


14.09

Dalsza droga szczytem wzgórz/gór doprowadza nas do Harar - dużego miasta ze starą medyną w murach. Miasto głównie z muzułmanami. Wcześniej nie widziane meczety - tu budowane na potęgę - jakby dostali zezwolenie z początkiem nowego rządu. Znajdujemy hotel. Hotel Plaza za jedyne 150 brr za osobę/5$. Oglądamy medynę, podobna do medyny w Fezie i wieczorem jedziemy na główną atrakcję miejsca - karmienie hien. Atrakcja odbywa się za miastem. Wieczorem nauczone stado podchodzi pod mury miasta, gdzie miejscowi karmią je odpadkami po uboju zwierząt. Hieny są nieufne, reagują na odpowiedni gwizd. Podchodzą i potrafią jeść z ręki lub nawet jeść kawałki wołowiny nabitej na patyki - trzymane przez podającego w ustach. Oko w oko z hieną. Wracamy późno do hotelu.
Obrazek
Strona Extreka: http://www.extrek.pl
Stronka wyprawy Dookoła Afryki: http://www.tripafryka.eu

piotr102
Awatar użytkownika
Administrator
Posty: 907
Rejestracja: 17 kwietnia 2011, 20:15 - ndz
Lokalizacja: wrocław
Kontaktowanie:

Re: Afryka Wschodnia 2018 - relacja z podroży - Dookoła Afryki

Postautor: piotr102 » 20 września 2018, 18:00 - czw

15.09

Rano dziewczyny robią zakupy. Ja przegląd samochodu. I po przygotowaniach ok. godz. 11 jedziemy w drogę powrotną. Niestety dostajemy złą informację, że jest inna lżejsza droga, ale okazuje się, że to dziurawy szutr. Tracimy czas i nadrabiamy km. Wracamy na starą drogę, szczytami wzgórz, wsiami. W Pitonie wysiada czujnik przepływu powietrza, ale przez specyfikę nakrętek muszę odłożyć wymianę do Addis. Przed jeziorem na kontroli wysiada po raz trzeci pompa. Tracę wspomaganie kierownicy i hamulców. Jestem wściekły. Tyle pracy i kasy na marne. Dojeżdżamy nad jeziorko i w południowym gorącu robimy obiad - mielone z pure. Dzięki wypłaszczeniu drogi za jeziorem i autostradzie przed Addis dojeżdżamy przed wieczorem do najstarszego Hotelu Taitu - 1895 r. Jakub pokój, dziewczyny namiot, reszta Piton. Spokojna noc.
Obrazek

17.09

Rypłem się w relacji o jeden dzień - kiedy - któż to wie. Rano żegnamy Jakuba który wraca do kraju. My podjeżdżamy pod urząd imigracyjny - gdzie odbieram przedłużenie wizy za 100 $!!!! Masakra. Jedziemy do znajomego mechanika. Naprawiamy/lepimy koło, wymieniam czujnik, ale niestety pompa nie do naprawienia. Po południu ruszamy na Lalibeli - 700 km przez góry i doliny. Wspinamy się ciągle do góry. Często zmieniam biegi: 1, 2, rzadko 3. Piton niestety dalej słaby. Ludzie idą dokądś poboczem. Jadąc na Harar faceci owijali się chustą w pasie - jakby chodząc w spódnicy, za to tutaj faceci tą samą chustę kładą na głowę - składając ją tak, że część wystaje na oczy, a reszta z tyłu głowy. Ciągle te same wrzaski w naszym kierunku: you, you, you - money! Niekiedy dodają: mister. Chłopcy i dziwaki potrafią wystraszyć wyskakując skądś, niespodziewanie. Widoki coraz ładniejsze, często przypominają widoki z naszych górskich dróg, tylko przestrzenie są coraz dalsze. Wioski rozrzucone po zboczach, bez dróg dojazdowych. Zatrzymujemy się przy jednej z nich. Oryginalna wieś gromadząca domy kilku rodzin i zabezpieczona przed wiatrem wysokim murem z kamieni. Oglądamy środek, większość budynków jest dla zwierząt. Kuchnia bardzo podstawowa z piecem na wypiek indżery i pieczenie mięs. Dieta mięsna jest tu podstawą. Do tego indżera i finisz wyboru. Domy kryte blachą falistą - świecą się w słońcu. Docieramy pod wieczór na wysokość 3050 m npm. Zjeżdżając na pobocze po zmroku trafiam do rowu. Trudno wydostać się - zakleszczony w 2 metrowym rowie. Zatrzymuje się ciężarówka i pomaga nam się wydostać. Targujemy ceną - 7 $. Podjeżdżamy jeszcze trochę dalej i ostrożnie znajdujemy inne miejsce. Grzmi, w nocy leje jak z cebra. Zimno.
Obrazek

18.09

Rano mokro i zimno. Kawa i w dół do słońca. Zjeżdżamy na 1100 m npm i szukamy wolnego miejsca przy drodze, aby zatrzymać się na śniadanie. Po 50 km w końcu się to udaje, ale i tak znikąd pojawiają się dzieci i ich ciekawskie oczka. Są spokojne i potrafią stać pół godz. przypatrując się każdemu naszemu ruchowi. Niekiedy wybuchają śmiechem komentują coś, co zrobiliśmy. Droga bardzo powolna. Wygląda na to, że ciągle zajęta. Stada krów, osłów, kóz, wielbłądów i w końcu ludzi idących na pobliskich targ. Hopki we wsiach to szczyt technologi spowalniania. Tylko pełne zatrzymanie powoduje spokojne pokonanie przeszkody. Pod koniec dnia decydujemy się zjechać z drogi nad pobliskie jezioro. Mały kamping, bez prysznica, z daleką toaletą, ale za to nad samą wodą. Na kolację zamawiamy do piwa miejscową rybę z dodatkami. Pyszna, i frytki talarki. Zajadam się.

Obrazek

19.09

Spokojna noc, choć w połowie. Przed ranem chwyta mnie rozwolnienie i biegam po krzakach. Nie zawsze dobre znaczy zdrowe. Pniemy się ponownie do góry, powoli z coraz większymi dziurami na 1, niekiedy 2. Ciężarówki wyją. Dostajemy się w końcu na 3550 m npm. Połonina z ciągiem wiosek wzdłuż drogi. Wygląda na to, że masowo się budują. Szkielety z cienkich pni eukaliptusa - jedynego drzewa jakie tu rośnie masowo - oblepione gliną i nakryte blachą falistą. Szybki dom. W końcu zjeżdżamy w kierunku Lalibeli - trudny wyboisty szutr, przy wioskach zamienia się w asfalt. Zjeżdżamy, a później - jak to w górach - podjeżdżamy na 2600 m npm. do Lalibeli. Oczywiście multum chętnych, aby nas przenocować. Wybieramy duży hotel, w przyzwoitej cenie = 4 $ za osobę. Ja pilnuję Pitona spiąc w nim.
Obrazek
Strona Extreka: http://www.extrek.pl
Stronka wyprawy Dookoła Afryki: http://www.tripafryka.eu

piotr102
Awatar użytkownika
Administrator
Posty: 907
Rejestracja: 17 kwietnia 2011, 20:15 - ndz
Lokalizacja: wrocław
Kontaktowanie:

Re: Afryka Wschodnia 2018 - relacja z podroży - Dookoła Afryki

Postautor: piotr102 » 22 września 2018, 11:37 - sob

Z NOTATNIKA TERESKI:

20.09.2018r.

Cały dzisiejszy dzień spędziliśmy w Lalibela. Rano wczesna pobudka jakz zwykle nawet bardzo wczesna 6.20 już byliśmy na nogach. Wszyscy prawie wypoczęci i prawie wyspani. Nocleg w fajnym hoteliku z łazienką i ciepłą woda a nawet gorącą wodą. Gosia, ja i Mietek śpimy w hoteliku Piotrek w Piotonie. Małe śniadanko bułeczki z dżemikiem, kawka, herbatka i zbieramy się na zwiedzanie wspaniałych 800 letnich kościołów w Lalibelli. Wychodzimy z hotelu, a tu na bramie hotelu wiszą krowie albo koźle wnętrzności o rany jeszcze oblepione setką zielonych dorodnych much. Co się okazało to reklama rzeźnika, którego sklepik sąsiadował z naszym hotelem. Wiesiu dowcipnie zapytał pytanie to w takim razie jak się reklamuje chirurg? Po krótkim spacerku docieramy do wejścia do kościołów i w biurze zakupujemy bilety wstępu do kompleksu kościołów. Wstęp od jednej osoby kosztuje 50 USD. Decydujemy się także na wynajęcie przewodnika za którego płacimy 25 USD. Zwiedzanie kompleksu kościołów mamy podzielone na dwie części do południa od 8.00 do 13.00 kompleks północno-zachodni, po południu kompleks południowo-wschodni od 14.00 do 17.00. W takich godzinach kościoły są otwarte dla turystów - bilet który zakupiliśmy jest ważny 4 dni więc jeśli ktoś miałby dużo czasu i chciał się uduchowić to ma na to całe 4 dni...
Kościoły skalne w Lalibeli podzielone są na dwie grupy pomiędzy, którymi przepływa rzeka Jordan teraz to już chyba bardziej strumyk niż rzeka... Mają około 800 lat do tej pory nie ustalono w jaki sposób zostały wybudowane a raczej wykute w skałach, ich budował trwała 25 lat i podobnież w ich budowie pomagały Anioły... tak głosi legenda. W każdym kosciele znajduje się kopia Arki Przymierza a i podobnież w Etopii jak głosi legenda jest ukryta Arka Przymierza z boskimi przykazaniami.
Przed nami w pierwszej kolejności zwiedzanie północno-zachodniej części.
Pierwszy kościół Bet Medhane Alem największy na świecie monolityczny kościół skalny, dalej Bet Marjam kościół uważany jest za pierwszą światynię wykutą w Lalibeli, cieszy się największą popularnością wśród Etiopczyków - w północnej ścianie dziedzińca kościoła wydrążona jest kaplica Bet Meskel, a wpołudniowej ścianie kaplicę Bet Danaghel - czyli Dom Świętych Dziewic , następne dwa kościoły to Bet Debre Sina i Bet Golgotha.
Południowo -wschodni kompleks to następne kościoły Bet Gabriel-Rafael - to właściwie dwa kościoły, Bet Abba Libanos został wybudowany przez żonę króla Lalibeli, Meskel Kebre której pomagała grupa aniołów, Bet Emanuel i ostatni Bet Merciuros.
Ostatni kościół Bet Giyorgies stoi osobno i to jest chyba najczęściej pokazywany na zdjęciach kościół.
Kościoły robią niesamowite i cudowne wrażenie nie tylko jako budowle, są bardzo skromnie wyposażone, dywany, zasłony, obrazy niejednokrotnie bardzo stare - matko nasze kościoły to może nawet mało powiedziane że to pałace w stosunku do kościołów w Lalibeli ale te kościoły żyją, wierni się modlą, odbywają się msze można usiąść w cieniu murów patrzeć na modlących się ludzi na odprawiających mszę księży, wsłuchać się w cudowną przenikającą do ciała i duszy muzykę. Zamknać oczy i poczuć się jak 800 lat temu... Myślę, że tu można poczuć obecność Boga... Prawie wszystko wygląda jak kilkaset lat temu...czuć coś czego nie umie się nazwać i określić, ale w sumie po co wszystko definjować lepej zamknąć oczy i dać ponieść się ... poczuć obecność siły wyższej...
Po wyjściu z popołudniowego zwiedzania kościołów Mietek idzie do hotelu a ja z Gosią z poznanymi chłopakami idziemy kupić jajka. Chłopaki małe, bardzo fajne, ale bardzo dobrze mówią po angielsku więc sobie gadamy o życiu i róznych sprawach. Oni ciekawscy naszego życia my ciekawe ich życia. No i znaleźli nam sklep z jajkami, bo wczoraj przeleciałyśmy z Gosią pół miasta i jajek ni hu,hu... Ogólne zaopatrzenie w jedzonko w mieście cienkie - sklepiki słabo zaopatrzone a produktów żywnościowych mało, na malutkim targowisku tylko ziemniaki, cebula, zielone pomidory i pomarańcze to wszystko. Sukces jaja zakupione 20 całych sztuk więc będziemy mieli co jeść bo powolutku nam się zapasikiończą. Chłopaki prowadzą nas na skróty pniemy się do góry i do góry po schodach, ja zdycham zero kondycji fajki dają znać... Po drodze mijamy płachty na których suszą się różne ziarna. Po drodze trafiamy na miejscowy "browar" miejscowi pędzą tam swojskie piwo - no takiej okazji nie możemy pominąć, a że mamy obstawę to się decydujemy na szklaneczkę "piwka", ale jakoś do środka nie odważyłysmy się wejść. Grzecznie siadłyśmy na zewnątrz wyszłą do nas Etiopka z dzbanew piwa i dwoma wielkimi metalowymi puszkami , prawie z Gosią padłyśmy, zostałyśmy przy jednej puszce - było mocne, mętne i coś tam w nim pływało nie dochodziłyśmy co - chłopaki dopiły do końca i byli zadowoleni. z "baru" wyszedł Etiopczyk już w stanie wskazującym na spożycie - weslutki jak nic i dawaj będzie sobie robił z nami zdjecia no ok nie ma sprawy, było super do kiedy nie zobaczyłyśmy z Gosią, że facet ma w ręach prawdziwy karabin... ale spoko dopiliśmy piwko serdecznie trącając się puszkami.
Wracamy do hotelu i robimy sobie jedzonko - dziś gotowane ziemniaczki, mięso z kurki w sosiku, ale te tutejsze kurki coś żylaste? do tego sałateczka. Chłopaki cały czas z nami pomagają jak mogą, dojedli żur ugotowany przez Mietka, pomyli naczynia, pograli w kości wypili kawkę i herbatkę, żyć nie umierać. Bardzo miły, serdeczny wieczór. Po jedzonku wszyscy oklapli i powoli zbieramy się do kąpieli i do spania. Piotrek zostaje w Pitonie my do pokoju - jeszcze wieczorne pogaduszki i o 21 padamy, gasimy światło i idziemy spać, jutro z rana czeka nas dalsza podróż.
Obrazek



21.09.2018 trasa Lalibela-Bahyr Dar

Znów jesteśmy rannymi ptaszkami nie możemy dłużej pospać 6.15 już prawie wszyscy na nogach. Korzystamy z cieplutkiej wody pod prysznicem bo w Etopii gorąca woda to prawdziwy luksus nawet w hotelach są przerwy i cieplutkiej wody nie ma. Szybkie śniadanko, kawka, herbatka, żegnamy się z naszymi małymi etopskimi pomocnikami wymieniamy maile Piton zapakowany i w drogę. Przed nami 400 km drogi. Pierwsza część około 60 km prawie bez asfaltu, dziury jak diabli, ale na szczęście szybciutko dojeżdżamy do asfaltu. Drogi etiopskie żyją, na drogach masa ludzi okolice gęsto zaludnione. Na drogach stada bydła, owce, kozy ,osły i wszelka inna zwierzyna . Piotrek podczas jazdy klnie jak szewc omijając slalomem cały ten dobytek. Na poboczach wylegują się pasterze, nie za bardzo interesują się swoimi stadami zwierzaki wychodzą na środek drogi i trzeba je omijać bo nie ma szans żeby same zlazły. Ludzie krzyczą za nami, machają rękami, jak tylko zwolnimi zaraz zbiega się pełno dzieciaków, jak się zatrzymamy to Piton przeżywa oblężenie, jedni są ciekawi ale też czasami bywa niezbyt przyjemnie ciągłe proszenie o pieniądze...No mamy lekkie problemy z sikaniem w naturze, bo nawet nie zdążymy wyjść z Pitona a tu dziesiątki ciekawskich oczu...
W drodze zbaczamy lekko z trasy i dojeżdżamy do miejscowości Awramba. Bardzo ciekawe miejsce. Awramba to spółdzielnia tkacka założona w 1895 roku przez 20 ludzi, którzy chceli pokazać, że najlepszą drogą do wyjścia z biedy to edukacja i praca. Obecnie w wiosce mieszka 520 osób. O dziwo jak przyjechaliśmy nie zostaliśmy okrążeni przez dzieciaki, nie wlepiał nikt w nas oczu ze spokojem mogliśmy rozłożyć stolik , krzesełka i spokojnie mogliśmy zjeść. Miejscowy chłopak oprowadził nas po wiosce - na codzień studiuje w Addis a teraz wspomaga swoją społeczność. W wiosce jest muzeum pokaujące historię powstania tej społeczności, szkoła, biblioteka, warsztaty tkackie, gdzie pracują zarówno kobiety jak i mężczyźni. Można też w miejscowym sklepiku kupić oryginalne wyroby. Jednak największe wrażenie na nas wywarł dom dla starszych osób - co ja gadam starszych najsarsza kobieta, która tam zamieszkuje ma 110 lat,reszta staruszków od 95 lat do 103 lat. Otoczeni są troskliwą opieką także medyczną. Chłopak, który nas oprowadzał mówił, że wszyscy są sprawni fizycznie i też tak wyglądali. Byliśmy pod wielkim wrażeniem. Coś niesamowitego, aż ciary przechodzą.
Malutkie trudy trasy wynagradzają nam przepiękne widoki, czasami myślimy że to nie Etiopia wszędzie przepiękna, soczysta zieleń, pola, łaki, kwitnące kwiaty - nikt z nas nie śpi, ani nic nie czyta wszyscy wgapieni w krajobrazy za oknami Pitona i nie tylko w krajobrazy, ale w codzienne życie tętniące przy drogach.
Wieczorem już po ciemku docieramy do Bahyr Daru miasta położonego na połudnowym brzegu jeziora Tana największego jeziora w Etiopii. Już lekko zmęczeni, szczególnie Piotrek szybciutko zatrzymujemy się na parkingu dużego hotelu, mamy na miejscu toalety, prysznice i jedzonko. Wieczorkiem pyszne jedzonko w knajpce - pyszna zupka rybna, smażone rybki...piwko , winko..Wieczór jak wieczór... gadamy , jemy, pijemy, i potem lulu... bo rano znów wczesna pobudka.
Obrazek

22.09.2018 jezioro Tana
Wczesnym rankeim wstajemy i opuszczamy miejsce noclegu. Ccemy dostać się na półwysep na jeziorze Tana Ziege. Są dwie możliwości albo dojechać samochodem, albo popłynąć łódką. Jedziemy samochodem, ale po kilku kilometrach zawracamy bo droga jest w tragicznym stanie. Udaje nam się załatwić łódkę za 900 brrr - to etipopska waluta nie wiem jak się pisze, ale jak sią wymawia to tak, każdy od nas chce brr, nawet małe dzieciaczki. Wycieczka łódką trwa godzinę w tą i spowrotem i na miejscu zwiedzanie jednego z klasztorów w południowej cząści jeziora Tana, po drodze mijamy dwa klasztory na wysepkach ale niestety do tych klasztorów nie są wpuszczane kobiety, żeby nie kusić pobożnych mnichów. Po drodze do klasztoru mijamy rzędy straganów nie ma jakiegoś wielkiego wyboru, ale wg sprzedających wszystko jest stare, a ceny prawdziwie amerykańskie. Mnie się udaje wytargować dwa łańcuszki alla srebro za 200brrr a chciał za jeden na początku 500 brrr. No nie ma wyjścia trzeba się targować, ale oczywiście nie do bólu.
Klasztor który zwiedzamy nazywa się Debre Marjam. Wygląd tych klasztorów bardzo odbiega od naszego europejskiego wyobrażenia o klasztorach. Jest zbudowany z drewna i chyba bambusu trochę z wyglądu przypomina wielki szałas wyłożony wewnątrz kolorowymi dywanami, obwieszony kolorowymi zasłonami i pełno w nim malunków przedtsawiających różnorodne religijne sceny. Po zwiedzeniu klasztoru przez przypadek wchodzimy do gospodarswa mieszkańców, akurat pędzą tutejsze lokalnego piwko i pieką miejscowy chlen ingerę. Wracamy na łódkę pół godziny i już jesteśmy na stałym lądzie. Jedziemy a targ rybny kupujemy kilogram świeżutkich rybek - złowionych rankiem w jeziorze Tana i oprawionych przez tutejszych rybaków. Przy targu mieszczą się dwie knajpki z daniami rybnymi siadamy w jednej zamawiamy rybę w sosie oj ostry sosika bardzo ziejemy wszyscy ogniem.Ale rybka w sosiku przepyszna jedna porcja wystrarcza dla dwóch osób. Zamawiamy jeszcze dwie pieczone rybki, ale już nie dajemy rady - pani pakuje nam w gazetę i zabieramy do samochodu. Targ rybny to naprawdę rrzecz warta zobacznia można tam siedzieć godzinami i obserwować życie mieszkańców, tak jak targ normalny, na który udajemy się później. Robimy zakupy i wędrujemy przez labirynt ściezek, uliczek, sklepików. Nawet udaje nam się kupić masło, które sprzedawczyni pakuje nam w zielony liść. Targowisko różnorodności - jedzenia, ciuchów itd tu się wszystko kupi no i także ludzie, zapachy, odgłosy - niesamowite przeżycie.
Powoli zaxczynamy szukać noclegu wyjeżdżamy troszkę poza miasto - natrafiamy na weselny hotel - gdzie są organizowane przyjęcia weselne. Bardzo fajne miejsce śpimy na łonie natury - prawie chyba tylko Gosia bo pod namiom reszta w busie. Na miejscu jest knajpka więc można wypić piwko. Wiesiu poderwał 5 miejscowych piękności no i musiał im postawić colę, troszkę się chłopak wykosztował.

Obrazek

23/24.09.2018r.

Wstajemy wczesnym rankiem śniadanko, mycie kawka i w drogę. Czeka nas długa jazda, nawet ciężko nam powiedzieć jak długa bo drogi są tu nieprzewidywalne. A kierowcę mamy tylko niestety jednego, no i tylko jednego Pitona. Jedziemy do Aksum przed nami 500 km. Po drodze zbaczamy zobaczyć gorące żródła Wanzaye Hot Springsce źródła Etipopczycy uważają je za święte i uważają że mają właściwości lecznicze. Do gór Siemen droga fajna asfaltowa oczywiście jak to w Etiopii część środkowa to jazda przez góry Siemen zero asfaltu, wyboje, dziury niesamowite serpentyny, nam to wszystko wynagradzają przepiękne widoki gór Siemen - to najwyższe pasmo górskie w Etiopii, ale Piotrek już ma dość, bez wspomagania prowadzić samochód przez takie drogi to nielada wyczyn. Droga pnie się w górę i w dół i tak przez 60 km. Po drodze robimy za miejscową taksówkę zabieramy idących Etiopczyków nakarmimy ich jeszcze i jest fajnie. No cóż nic tu mądrego nie napiszę o pięknie gór bo to trzeba zobaczyć. Na nocleg zatrzymujemy się na uboczu drogi jest już prawie ciemno, nie chcemy się za bardzo rzucać w oczy. Tym bardziej że to okolice Parku Narodowego .tAle rano i tak nas namierzają, przychodzi strażnik parku z karabinem, ale grzecznie częstujemy go kawą i jedzeniam, niby miły , ale dzwoni i za chwilę zjawia się następny strażnik i jescze jedna kobieta. Chcą jakiegoś kwitka od nas my oczywiście udajemy głupa szybko się zbieramy i ruszamy, kobieta nas zatrzymuje, ale my jedziemy - dobrze że nam nie strzelili po oponach. Następny dzień jazdy i znów góra, dół, dół , góra - na szczęście pojawił się asflat, droga dobra , ale ciągle wspinamy się i zjeżdżamy po serpentynach. Piotrek klnie dalej bo chyba to tylko trzyma go przy życiu. Do Aksum docieramy około 17 godzinie w ulewnym deszczu. Szukamy hoteliku bo dwa dni prawie bez mycia. Bierzemy pierwszy hotelik jaki jest warunki znośne nawet jest ciepła woda co nas bardzo cieszy. Wieczorkiem mamy pyszne jedzonko, siedzimy , gadamy i tak leci następny wieczór.
Obrazek
Strona Extreka: http://www.extrek.pl
Stronka wyprawy Dookoła Afryki: http://www.tripafryka.eu

piotr102
Awatar użytkownika
Administrator
Posty: 907
Rejestracja: 17 kwietnia 2011, 20:15 - ndz
Lokalizacja: wrocław
Kontaktowanie:

Re: Afryka Wschodnia 2018 - relacja z podroży - Dookoła Afryki

Postautor: piotr102 » 01 października 2018, 08:49 - pn

25.09.2018r./26.09.2018
Dzień w Aksum zaczynamy bez pośpiechu, idziemy oglądać stelle - wykute z granitu. Około 30 metrowe wieże symbolizujące piętra w niebie. Stawiane przez 4 władców etiopskich około 5 w. naszej ery. Zwiedzamy muzeum etnograficzne, basen królowej Saby, kościoły te do których da się wejść. Spacerujemy po mieście. Pijemy miejscową kawę w towarzystwie miejscowych dzieci ubranych obowiązkowo w plastikowe sandałki. Już około 1 popołudniu uwolnieni od obowiązków jedziemy w powrotną drogę do Gonderu. 350 km z wyjącym silnikiem na podjazdach i piskiem kół na zjazdach. Ponownie wspinamy się na wysokość 3000m. npm przy wspaniałych widokach. Śpimy przy moście w wyznaczonym przez ochroniarza mostu miejscu. Jemy wspaniałą zupę ugotowaną przez Gosię. Wszystkie potrawy na wołowinie i koźlinie pomimo, że jesteśmy w kraju chrześcijańskim. Ortodoksi nie jedzą piga i nawet przywitanie mają podobne do muzułmanów - salam.
Obrazek
Obrazek
Następny dzionek wstajemy o zwykłej porze 6.30 śniadanie. Jazdy cd. 37 km drogi szutrowej pnącej się ostro do góry przez Park Narodowy. Niestety brak dżelad. Jedynie jakie spotkaliśmy były po drodze do Lalibeli. Już około godziny 14 dojeżdżamy do Gondaru. Zwiedzamy kompleks zamkowy króli etiopskich z około 17 wieku. Niektóre zamki w bardzo dobrym stanie, inne w ruinie. Po zwiedzaniu szukamy hotelu i jedzenia. Znajdujemy miejsce przy hotelu za 100 brr co równa się 4 USD. Mamy duże trudności w zrobieniu zakupów na podróż po Sudanie. Tu supermarkety to większy sklep z garstką produktów. Kupujemy jaja, pieczywo w małych kioskach. Jesteśmy w wigilię tutejszych świąt Świętego Krzyża. Miejscowe społeczności stawiają drewniane krzyże obwiązane drobnymi żółtymi kwiatkami kwitnącymi tutaj na Nowy Rok. Tysiące jednakowo ubranych mężczyzn uczestniczy w pochodach śpiewając pieśni religijne i wymachując chorągwiami. My też mamy swoje święto przy dżinie i jak zwykle idziemy późno spać.

27.09.2018r.
Rano budzi nas przejmujący zapach dymu z palonych Krzyży. Część z nas uczestniczy w obchodach świątecznych. Mimo Święta my ruszamy w drogę przejeżdżając przez miasto pod porozwieszanymi chorągwiami kierujemy się do granicy sudańskiej. Do granicy etiopsko-sudańskiej mamy 200 km. Droga wciąż się wznosi i opada. Jazdę przerywają nam gromady dzieci - żądając świątecznych datków. Jakby wiedziały, jakie mam hamulce to by się pochowały po rowach. Zjeżdżamy do granicy na wysokość 700m. npm z przyjemnej etiopskiej pogody wjeżdżamy w 30 stopniowych upał sudańskich nizin. Zwykła odprawa po stronie etiopskiej, gdzie celnicy nie zauważyli przekroczenia czasu pobytu Pitona w Etiopii. Długie oczekiwane na zakończenie formalności wizowo-celnych po stronie sudańskiej. Przed wieczorem wreszcie opuszczamy granicę i po około 20 km znajdujemy miejsce na naszą pierwszą noc w Sudanie. Już na granicy zauważamy zmianę nastawienia miejscowej ludności do nas. Skończyło się wołanie za nami wołanie dzieci ju, ju, ju, many i żebranie o bira. Sudańczycy są ciemniejsi od Etiopczyków a wręcz czarni. Wieczorem wiadomo czym witamy Sudan.
Obrazek

28.09.2018r.
W nocy oglądamy przemarsz stad krów idących za latarka pasterza. Absolutna cisza nocy przerwana odgłosem idących kolo nas setek krów. Budzimy się w mokrym od rosy namiocie i Pitonie. Śniadanko w spokojnym otoczeniu niskiej roślinności buszu sudańskiego.
Kontynuujemy podróż wyboistą drogą, gdzie średnia może skacze do 20 km/godz. Dookoła pola uprawne z przeróżnymi zbożami lub busz. Częste napełnione zbiorniki wodne świadczą, iż trafiliśmy na porę deszczową w Sudanie. Ludzie tu są bardziej nieufni niż w Etiopii. Dzieci jest nie wiele. wioski oddalone od drogi, i z pewnością bardziej zadbane niż we wcześniejszych krajach. Droga z czasem z rozjeżdżonej, pokrytej dziurami robi się huśtawkowa. Nie możemy szybko jechać. Jest zdumiewająco równo w porównaniu z Etiopią. Częste kontrole Policji. Nam sprawdzają paski, widzę, że innych obszukują. Dojeżdżamy po 350 km. do Wad Musa. Duże miasto nad Nilem Błękitnym. Po długim poszukiwaniu hotelu znajdujemy hotel Jugosławia prowadzony przez Bośniaka. Otyły szef hotelu przedstawia nam najlepszą ofertę w pokojach z klimą, wymienia $ po najlepszym kursie. Jemy pysznego kuraka z grilla i wreszcie możemy wykąpać się pod chłodnym prysznicem. Błogostan w naszej podróży.
Obrazek

29.09
W chłodzie pokoju wstajemy późno. Pijemy świeże mleko u szefa i jedziemy zobaczyć tamy i kanały Błękitnego Nilu. Szybko pokonujemy drogę 130 km nad zaporę. Błękitny Nil raczej jest brązowy, a tama to beton wystający z 2 m. nad wodę i rozdzielający wody Nilu na kanały. Sudan się buduje. Wszędzie widać powiększające się wsie, miasteczka. Ludzie kryją się przed słońcem w cieniu drzew, popijają kawę, herbatę. Ja wciągam 2 mięty na bolący brzuch po malarone. Sudan przy Nilu malaryczny. Ludzie się nam przypatrują, ale nie są natarczywi.
Wcześnie wracamy z oględzin okolicy do Wad i korzystamy z klimy. Jemy kurczaka z grilla i kupujemy kartę tel od szeryfa z Bośni.
Obrazek
30.09
Dopiero w południe wyrywamy się z Wad. Karta aktywowana, rejestracja zrobiona i możemy ruszać. Droga to 200 km. w upale południa. Na wysokości 300 m npm. temp. sięga 39 st. w cieniu. W busie jest z 45 st. Nie miałem pojęcia, ze Sudan ma tyle pól uprawnych. Zero lasów, mało drzew, ale pola ciągną się w nieskończoność. Dzięki Nilowi wszystko może się rozwijać. Jeszcze przed wieczorem sprawdzamy jeden camp, później drugi, na którym zostajemy. 5$ za osobę i 10 za Pitona. Camp nad samym Nilem Błękitnym. Sudan ma znacznie bardziej zróżnicowaną kuchnię niż poprzednie kraje - tym razem skupiamy się na rybce, sałatce i frytkach - 8 zł dla dwóch osób. Wieczór przy przemyconym ginie. W nocy tną komary - chowamy się do namiotów.
Obrazek
Strona Extreka: http://www.extrek.pl
Stronka wyprawy Dookoła Afryki: http://www.tripafryka.eu

piotr102
Awatar użytkownika
Administrator
Posty: 907
Rejestracja: 17 kwietnia 2011, 20:15 - ndz
Lokalizacja: wrocław
Kontaktowanie:

Re: Afryka Wschodnia 2018 - relacja z podroży - Dookoła Afryki

Postautor: piotr102 » 07 października 2018, 08:39 - ndz

1.09
Trudna noc w namiocie. Co prawda komary wewnątrz wybite, ale gorąco paskudnie = 32 st. Zasypiam ok 3. Rano śniadanie pod parasolem drzewa. Następna kąpiel. Załatwiamy nasze sprawy na mieście. Odwiedzamy duży nowy kościół katolicki oraz arcybiskupstwo w Chartum. Obok zdjęcia nowego papieża wiszą jeszcze stare fotki naszego papieża. Częstujemy się herbatką i szukamy nowego miejsca na nocleg. Trafiamy do hotelu Almrfaa z klimą w apartamentach za 5 $ za osobę. Bardzo mila dzielnica, ludzie nas witają, uśmiechają się - proponują u siebie zakupy. Czuję się bezpiecznie i chętnie widziany. Jem na pobliskim dworcu autobusowym mięsny sos i popijam zimnym sokiem grejpfrutowym. Noc w klimatyzowanym hotelu jest jeszcze przyjemniejsza od świeżego soku :)
Obrazek


2.09
Jedziemy do Meroe. Po drodze sporo czasu zajmuje nam zatankowanie Pitona. Ropa jest tu towarem deficytowym. Kosztuje po przeliczeniu ok 35 gr. i trzeba się naczekać, bo jest głównym towarem eksportowym i trafia na inne rynki. Skwar południa każe każdemu chować się w cień. Tereska dostaje przenośne łóżko i kładzie się cieniu Ziła. Reszta się niecierpliwi popijając kawę. Wszyscy bardzo życzliwi, ale nic nie mogą przyspieszyć. W końcu ruszamy w drogę przez pustynię. W oddali wzgórza - blisko skwar otwartej przestrzeni. Przez otwarte okna gorący wiatr suszy pot. Rzadko są wioski przy drodze, gęsto posterunki policji tajnej - bo bez umundurowania. Nie pokazują nawet legitymacji i trudno się domyśleć kto i co. Zatrzymują, mówią, że policja i żądają paszportu do okazania. Spod koszuli wystaje pistolet i to mnie przekonuje, że mam robić to, co oni chcą. Miło żegnają i w drogę. Wieczorem jemy obfity posiłek przy drodze. Mimo iż większość produktów sprowadzają - natrafiamy na bogaty wybór barowy. Jedynym utrudnieniem jest jak w Etiopii - brak jakichkolwiek sztućców. Jemy często rękoma zagarniając chlebem/bułkami porcje do ust. Nie mam wprawy i niekiedy zdarza się, że dają nam plastikowe odpowiedniki widelców i łyżek. Po zmroku trafimy po GPS-ie pod piramidy. Wokoło żywej duszy. Zaczyna wiać i rzuca piachem w pitona, i rozłożone namioty. Każdą szczeliną wpada piasek i pokrywa wszystko w środku. Wiatr chłodzi tochę noc do 36 st. W dzień termometr wskazywał 43 st.
Obrazek

3.09
17 000 km od Kapsztadu. 38 tys km. w podróży do i po Afryce.
Meroe o świcie to rząd piramid na niskim wzgórzu poszarpanych, rozsypanych przez czas. Od rana przychodzą dzieci na handel pamiątkami. Rzadko płacimy, raczej wymieniamy na rzeczy które nam są już niepotrzebne. Później idziemy do kasy ofisu. Pani nam tłumaczy, że trzeba zapłacić 20 $ za wizytę. Targujemy do 150 funta za osobę czyli ok 4 $, a i tak nie jesteśmy pewni, czy zwiedzanie jest płatne, bo puściła nas bez biletów. Na sporym obszarze znajduje się ok. 50 piramid/grobowców. Częściowo zawalonych i w części odbudowanych. Trwają prace rekonstrukcyjne. W środku bogate zdobienia/ryty/płaskorzeźby. Nie wysokie ok. 30m. piramidy. Później przemieszczamy się pod następną nekropolię. Większość piramid zostawionych samych sobie - poddających się erozji. Na koniec jedziemy po Royal City - mocno zniszczone, ale ochraniane przez następny offis z ticketami. Dalszy handel obnośny z dziećmi w roli kupców/handlarzy. Polna droga w kurzu i słońcu, jedziemy nad Nil oglądając gliniane wioski, targ zwierzyny. Wszędzie jesteśmy mile witani, a po Etiopii ma to dla nas duże znaczenie. Szukamy noclegu, dojścia do Nilu, jedzenia. Trafiamy ponownie do naszej jadłodajni. Po obfitym posiłku kontynuujemy naszą trasę wzdłuż Nilu do Świątyń ukrytych wśród wzgórz. Boczną szutrową drogą przy zachodzie słońca docieramy 15 km przed Świątyniami na nasz kolejny nocleg. Brudni, przepoceni robimy biwak na sawannie rzadko porośniętej niskimi akacjami. Owady ciągnące do światła nie dają nam spokoju. Po zgaszeniu światła i położeniu się spać dookoła wszystko cichnie i ze zmęczenia szybko docieramy do rana.
Obrazek
Strona Extreka: http://www.extrek.pl
Stronka wyprawy Dookoła Afryki: http://www.tripafryka.eu


Wróć do „Relacje, wspomnienia, opinie”




  Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

cron