Jesli jest to Twoja pierwsza wizyta przeczytaj: FAQ. Jeśli chcesz dodawać posty zarejestruj sie: Rejestracja.


Afryka 2017/2018 - relacja z podroży - Dookoła Afryki

było jak było, ale jak?
piotr102
Awatar użytkownika
Administrator
Posty: 907
Rejestracja: 17 kwietnia 2011, 20:15 - ndz
Lokalizacja: wrocław
Kontaktowanie:

Re: Afryka 2017/2018 - relacja z podroży - Dookoła Afryki

Postautor: piotr102 » 24 stycznia 2018, 18:34 - śr

23.01 Wtorek
Cotonou - 10600 km.
Jedziemy na granicę odebrać Martę.
Jem śniadanie - udo chudego indyka - nie polecam i wszędobylski Jam - nasze frytki z manioku.
Jedziemy do Ganvie - wsi na palach. Dojeżdżamy do portu - cena 3 tyś CFA z przewodnikiem przy dużej grupie.

Obrazek

Gorąco i wilgotno. Grupa zadowolona z tripu. Jedziemy w zgiełku stolicy Beninu pod hostel.
Hostel drogi i brak miejsc. Właściciel widząc naszą beznadzieję zaprasza nas prywatnie do siebie.
Zielona trawka, prysznic i ceramika w kiblu - gratis. Dzięki Szwajcar.

24.01 Sroda
Cotonou
Załatwiamy wizę do Kongo D. Łatwo, prosto i tanio - 15 tys. CFA.
Dolatuje Weronika z Wawy i jesteśmy w komplecie.
Cały dzień lajt i przygotowanie się przez przeprawę przez najbardziej niebezpieczny kraj na naszej drodze - Nigerię.
Komary zaczęły ciąć i muchy się ujawniać.
Strona Extreka: http://www.extrek.pl
Stronka wyprawy Dookoła Afryki: http://www.tripafryka.eu

piotr102
Awatar użytkownika
Administrator
Posty: 907
Rejestracja: 17 kwietnia 2011, 20:15 - ndz
Lokalizacja: wrocław
Kontaktowanie:

Re: Afryka 2017/2018 - relacja z podroży - Dookoła Afryki

Postautor: piotr102 » 02 lutego 2018, 06:51 - pt

25.01
Cotonou - Nigeria. 10800 km.
Zrywamy się o świcie i w końcu w drogę. W nowym towarzystwie Weroniki i Marty z Wa-wy, kierujemy się na północ. Po drodze zatrzymujemy się widząc tańczących i śpiewających ludzi - obrzędy voodoo.

Obrazek

Dobra droga doprowadza nas szybko do Parku Archeologicznego wsi Dohomejskiej sprzed rozkwitu państwa - łowców niewolników. Odkopane podziemne części domów i zrekonstruowane domy nad nimi. Wszystko zrobione niedbale - po Afrykańsku - nie sprawia wrażenia. Brak informacji. Dalej jedziemy do pałaców królewskich w Abomey. Przed nimi uroczystości święta voodoo. Nie kapuję o co chodzi. Chłodniej i bez nadmorskiej wilgoci. Ok godz. 14 kontynuujemy naszą drogę do Nigerii. Lekko przestraszeni relacjami innych podróżników z Nigerii. Odprawiamy się na Policji Benińskiej, a później, po długich poszukiwaniach odnajdujemy urząd imigracyjny - nigeryjski. Wszystko długo trwa - urzędnik chce wszystko wiedzieć. Podbijamy pierwszy raz CPD. W wiosce przygranicznej nie ma gdzie spać - jedziemy dalej - ściemnia się. Po drodze zasieki i ludzie chcący nas zatrzymać. Olewam ich i pruję jak najszybciej, aby znaleźć dla nas miejscówkę. Zatrzymujemy się tylko dwa razy widząc kałachy i mundury. Szybka informacja i jedziemy dalej. Dziury, dziury i droga , która w Europie byłaby zamknięta - ale tutaj to jedyna droga do Abeokuty. W końcu zatrzymujemy się pod oświetlonym kioskiem. Mamy od razu towarzystwo blisko setki czarnych ogladających nas jak małpy w zoo. Krzysiek znajduje hotelik i po dwóch godz. oczekiwania na Salutem - trafiamy na spokojny parking hotelowy. Jak się okazuje wszystkie te kontrole po drodze które omijałem rozpędzony to służby graniczno - policyjne. Noc bez komarów.

26.01
Nigeria - Abeokuta - Benin City
11200 km.
Wstajemy jeszcze po ciemku. Wyjeżdżamy wcześnie, aby zrobić jak najwięcej trasy po Nigerii. Niestety hopki we wsiach, bardzo częste kontrole i dziury pozwalają nam zrobić dystans jedynie 50 km w 3 godz. Zatrzymujemy się pod świętym wzgórzem Olumo Rock. Zamglona panorama - smog i kurz. Samo wzgórze ma 170 m. Wymieniamy kasę na ulicy gromadząc jak zawsze ciekawskich. 1$ - 350 niara.

Obrazek
Jesteśmy sensacją.

Chcemy coś zjeść, ale w Nigerii nie jest to prosta sprawa. Dopiero przy wyjeżdzie kilka kobiet sprzedaje ryż z czymś tam. Wybieram ryż sos + banany. Niedobrze mi po tym. Wjeżdżamy na Hayway prowadzący do Benin City. Dobra szeroka droga poprzecinana dziurami i kontrolami. Trafiamy przed zmrokiem do hoteliku przed miastem. Wieczorem jem zupę nigeryjską. Ostra, syta na skórze wieprzowej. Trwa bardzo głośna dyskoteka. Szefostwo robi wieczorek taneczny przy ściągniętej muzie - disc polo. Udany wieczór.

27.01
Enugu - 11600 km.
Rano dorabiamy klucze do Pitona i ruszamy w kierunku granicy kameruńskiej. Kolejne kontrole, spokojne z prośbami o wodę lub kasę. Tracę 50 gram coli i 4 papierosy na trasie z 96 kontrolami. Dookoła domy za murami z drutem kolczastym u szczytu. Dojeżdżamy 200 km przed granicę z Kamerunem do Enugu. Miejscowość wygląda na kurort. Sporo hoteli, knajpek. Wybieramy gasthaus w Enugu z noclegiem w namiotach na balkonie i w samochodzie. Mało komarów i piwo za 250 naira. Nigeria wydaje nam sie najtańsza na trasie. Paliwo, jedzenie i używki znacznie tańsze niż wcześniej. Brudny kraj - czystych ludzi.

Obrazek

Nie wiem jak oni to robią.

28.01
Kamerun granica - Ekok - 11800 km.
Ostatnie 200 km do Kamerunu to ciąg dalszy zasieków i kontroli. Panowie policjanci zamienili pałki do kontroli na kolczatki. W miłej atmosferze opuszczamy Nigerię. Nigeria mnie miło zaskoczyła. Niestety przy ostatnim tankowaniu Salutem zaciąga wodę ze zbiornika i zaczynają się ich kłopoty z samochodem. Tankowaliśmy razem - czyli mnie też to czeka. Wymieniają filtr, ale to na długo nie wystarczy. Dookoła lasy - niedostępne przez zieloną ścianę lasów deszczowych. Palmy, bananowce i setki rodzajów innych drzew, traw. Wioski coraz mniejsze , gdy przyroda coraz gęstsza. Na granicy nigeryjskiej wypełniamy ponownie pełno papierków. Czas nas goni, a oni po afrykańsku. Kamerun za mostem, który przejeżdżamy częściowo chodnikiem, gdyż nie ma miejsca na wyminięcie się dwóch samochodów. Odprawa w Kamerunie wydaje sie błyskawiczna, aż trafimy do budynku policji. Trwa to bez końca. Nie zdążyliśmy zrobić dokumentów przed zamknięciem granicy i śpimy przy posterunku.

Obrazek

W nocy jest głośniej niż w dzień. Zwierzęta w lesie niepokoją. Nic nie widać, jedynie słychać. Komarów dalej - jak na lekarstwo, za to muszki tną po kostkach.

29.01
Bamenda - 12100 km.
Rano robimy odprawę samochodu. Jem makaron zasmażany z rybą - 500 CFA. Kamerun zielony, górzysty z nazmiennie dobrymi i tragicznymi drogami. Niestety Jackowi ponownie psuje się Sprinter - ciagle to samo - paliwo. W końcu zostają i wymieniają paliwo w zbiorniku. My jedziemy dalej do Bafut, Bamedy.

Obrazek

Oglądamy pałac, pomieszczenia dla kobiet i dzieci lokalnego króla. Oryginalne więzienia, trochę kiczu pod turystykę. Nie mamy kontaktu z chłopakami - martwimy się. Są miejsca, w tym górskim kraju, że nie ma zasięgu. O necie można zapomnieć - kupujemy karty, które nie działają itp. Kierujemy się na Bafoussam, ale dzięki tragicznej drodze znajdujemy nocleg przy knajpce za murem. Super nocleg na 1900 m npm. Pierwsza chłodna noc w Afryce.

30.01
Nkam - 12400 km.
Jedziemy dalej bez chłopaków - nie dotarli. Jeszcze 30 km. tragicznej drogi, gdy prędkościomierz się nie rusza. Po drodze widzimy dziwne zabudowania - stajemy. W środku rzeźby lwów, skóry zwierząt i pokój pamiątkowy lokalnego króla.

Obrazek

Pokazuje świadectwa swojej obecności w Izraelu, Watykanie i innych religijnych miejscach świata. Pomieszanie z poplątaniem. Król podobno jest po części chrześcijaninem z 8 żonami :-) . Po wolnej drodze docieramy pod wodospady na Nkam. Płacimy 3500 CFA. Oprócz biletu zawsze doliczają nam cenę za robienie zdjęć. Schodzimy po schodach na dół - aby zobaczyć wodospady w całej okazałości. Samo zejście wyciska poty, a co dopiero powrót. U góry wodospadu kąpię się w mini rzeczce - ogromna przyjemność - po drodze w kurzu i pocie. Nie doczekaliśmy się ponownie na ekipę Jacka Słowaka. Przygotowany arbuz z wkładką 40% musi poczekać. Śpię w moskitierze, a dookoła pełno latających owadów i odgłosy lasu.

31.01
Younde -12800 km.
Chłopaki z Jackiem docieraja o godz. 2 w nocy. Rozmowa co się stało: ciągnoł ich tir, czyścili bak paliwa, wymieniali filtr na nowy, dojechali do wiosek Woom, przerysował ich tir na posterunku policji. To wszystko w 50 urodziny Jacka:

Obrazek

Czas pełen przygód/wrażeń. Rano już razem ruszamy do Yaounde - strolicy Kamerunu. Droga oki, tylko trzeba uważać na hopki. Kilka razy latam nad nimi, gdy zapatrzę się na przydrożne życie. Dalej wzgórza, czysto w stosunku do poprzednich krajów. Życie spokojne, bez pośpiechu. Wiele nie mają, ale cieszą się też niewielkimi osiągnięciami. Dojeżdżamy w korkach do kampingu na wzgórzu. Ceny noclegu jak na stolicę - normalne, ale szefowa kampu raczej już nie koniecznie. Robimy spóźnione urodziny Jacka - przy smażonym mięsie na ognisku (w stylu Pana Okrasy). Niestety mięso wychodzi nam twarde, a zupa za ostra. Noc w namiotach 2000 CFA.
Strona Extreka: http://www.extrek.pl
Stronka wyprawy Dookoła Afryki: http://www.tripafryka.eu

piotr102
Awatar użytkownika
Administrator
Posty: 907
Rejestracja: 17 kwietnia 2011, 20:15 - ndz
Lokalizacja: wrocław
Kontaktowanie:

Re: Afryka 2017/2018 - relacja z podroży - Dookoła Afryki

Postautor: piotr102 » 10 lutego 2018, 10:34 - sob

1.02
Od rana prace obozowe. Szukanie po stolicy możliwości napełnienia butli gazowej okazało się niemożliwe - butla nie ma kameruńskiej legalizacji. Kupujemy nową butlę - drogo. Wymieniam klocki hamulcowe, filtr paliwa - zamulony, ale bez wody. Obiad na miescie:

Obrazek

Wieczorem rest przy piwie.

2.02
Granica Kamerun/Gabon - 13100 km.
Rano wyjeżdżamy z zatłoczonej stolicy na granicę z Gabonem. Dobra droga z dziesiątkami posterunków, na których zostawiamy informacje skąd, dokąd i kto. Odprawy długie i ciągle przeciągane przez wpisywanie wszystkich w kolejne zeszyty. Docieramy do granicy Gabonu, gdzie dostajemy info, że oprócz wizy musimy mieć rezerwacje hotelu w Gabonie. Nie udaje nam się przed wieczorem odjechać z granicy. Zostajemy na pierwszym posterunku. Rozbijamy namioty przed szlabanem, ja ponownie śpię na dachu Pitona w moskitierze/namiocie. Wieczorem piwo i ogrom muszek - tną po kostkach i nie tylko.

Obrazek

3.02
Ndjole - 13300 km.
Do południa udaje nam się zarezerwować hotel przy pomocy miejscowego pomocnika i ruszamy w końcu w serce Gabonu. Jesteśmy zniesmaczeni postawą urzędnika, ale w miarę posuwania się w głąb kraju jest coraz lepiej. Na punktach kontrolnych najczęściej nas przepuszczają bez sprawdzania. Drogi bardzo dobre - bez zwalniaczy. Las wchodzi na drogi i jak u nas jest zabawa z odśnieżaniem, na Saharze z wydmami zasypującymi drogi, to tu walczą z trawami i lasem wdzierającym się w głąb drogi. Przed zachodem jesteśmy na równiku. Zdjęcia z równika w 40 dni wyprawy.

Obrazek

Po ciemku dojeżdżamy do Ndjole. Noclegi - strasznie drogie. Nieporównywalne do ubóstwa przeciętnego gabończyka. Znajdujemy w końcu hotel i nocleg w namiotach na dziedzińcu za 2000 CFA. Okropnie gorąco/duszno. Słyszymy o ibodze.

4.02
Przed granica Gabon/Kongo B - 13600 km.
Dzień poświęcamy na dojazd do Konga Brazevill. Super droga wzgórzami Gabonu, wśród gęstwiny lasu, krzaków i wysokich traw. Nieliczne wioski i jeszcze mniej liczni mieszkańcy - odpoczywają w cieniu lub przy piwie. Niedziela. Trudno znaleźć cos do jedzenia. W końcu kupuję bagietkę z czekoladą na śniadanie, a na obiad bagietka z warzywami i pociętą parówką. 50 km przed granicą nagle droga ekspresowa robi się szutrową. Często zahaczam podwoziem o wystające kamienie i raz tonę w jeziorku na środku drogi. Salutem wyciąga mnie z łatwością. Niestety noc zastaje nas przed granicą. Nocujemy u kobiety mieszkającej przy drodze. Możemy się nawet wykąpać w wodzie z beczki. Pełno muszek, ale dalej komarów brak. Idę spać na dach Pitona. Muszki są wszędzie, ale na dachu zawsze chłodniej.

Obrazek

5.02
Długi dzień - niekończącej się jazdy - 13800 km.
W nocy budzi nas gospodyni - krzycząc coś po francusku. Nie musimy wiedzieć co konkretnie - grzmoty, wichura i pierwsze krople mówia wszystko. Expresowo - Ci co spali w moskitierach chowaja sie pod dach lub do samochodu. O 2.30 zaczyna sie taka ulewa, jakiej jeszcze nie widziałem - ściana deszczu i dookoła ziemia zamieniła się w płynące jezioro. Chwytam sandały i inne rzeczy, aby nie odpłynęły. Po pół godz. koniec ulewy i szacowanie strat. Wszystko mokre. Usypiam na przednim siedzeniu. Wcześnie rano ruszamy w drogę przez jeziora i muł drogi. Wyciągamy się z Salutem z jeziorek i bardzo powoli brniemy do granicy.

Obrazek

Okazuje się, że przegapiliśmy jeden posterunek i dzięki uprzejmości strażników wyjeżdżamy z Gabonu bez pieczątek wyjazdowych. Pokonanie 20 km. zajmuje nam 4 godz. Piton cierpi i my razem z nim. Za granicą Konga Brazevill droga się trochę polepsza i niekiedy jadę 40 km. na godz. ale częściej muszę hamować do zera, aby przejechać. Docieramy do asfaltu dopiero o 2 w nocy. 200 km. - zajęło 14 godz. jazdy wśród wysokich traw. Wycinają tu na potęgę wszystkie wysokie drzewa i wiozą do portu. Pomagają im w tym chińscy koledzy - widzę po szyldach.

6.02
Pointe Noire - 14000 km.
O 2 pozwalam sobie na 3 godz. drzemkę. O 5 ruszamy dalej, aby zdążyć złożyć papiery w Konsulacie Angoli. Docieramy pod Konsulat o godz. 9.30. I wszystko poszłoby o czasie, jakby pani sekretarka nie robiła ciągłych problemów! W końcu około południa udaje nam się złożyć wszystko co potrzeba do uzyskania wizy. Dostajemy informacje, że wizy będą gotowe jak dostaną wklejki na naszą wizę. Kiedy to będzie - nie wiadomo - mamy czekać. Jedziemy w wilgoci i upale szukać noclegu na następne dni. Tonę w pocie i mimo, że wykąpałem się przed drzemką - czuję się jak śmierdzę. Docieramy po 20 km. do wioski nad Oceanem. Piękne miejsce. Jest nawet woda do kąpieli. Nie ma prądu, ani internetu. Kibel zatkany, ale dookoła wiatr i piwo w knajpce i sklepie. Zostajemy.

Obrazek

7.02
Diosso - 14050 km.
W nocy ponownie pada i chłodzi. Rano prace obozowe i kąpiel w strugach deszczu. Pierzemy, naprawiam Pitona, odpoczywamy. Czekamy.

8.02, 9.02 10.02 11.02
Diosso - 14150 km.
Czekamy na wizy. "Robimy" przedszkole z dziećmi, korzystamy z dyskoteki, odpoczywamy - zioło, piwo itp. Spacery po okolicy. Nudy, ale nic nie możemy zrobić. Musimy mieć wizy do Angoli. Mieszkańcy bardzo mili, przyjaźni, pomocni. Podczas całej drogi nie spotkaliśmy się z nieprzyjemnościami ze strony mieszkańców.
Strona Extreka: http://www.extrek.pl
Stronka wyprawy Dookoła Afryki: http://www.tripafryka.eu

piotr102
Awatar użytkownika
Administrator
Posty: 907
Rejestracja: 17 kwietnia 2011, 20:15 - ndz
Lokalizacja: wrocław
Kontaktowanie:

Re: Afryka 2017/2018 - relacja z podroży - Dookoła Afryki

Postautor: piotr102 » 12 lutego 2018, 12:16 - pn

12.01
Granica Kongo B/Angola - 14300 km.
Jedziemy pod ambasadę Angoli. Płacimy w banku ok. 150 $ i dalej czekamy. Parno, pocę się siedząc przed kompem. Pachnę jak cały świat dookoła.
Otrzymujemy w końcu wizy przed zamknięciem konsulatu i jedziemy na pobliską granicę. Niestety granice zamykaja o 17. i musimy zostać w Kongo do rana. Gość z policyjnej bazy oferuje nam nocleg za murem z prysznicem za 15 $ od wszystkich. Byłoby fajnie jakby nie zaduch i latające owady. Ciężko spać.

13.02
Kongo D - Matadi - 14650 km.
Wstajemy wcześnie. Kolejny prysznic. Stawiamy się na granicy. Papiery po stronie Kongo - szybko. Po stronie angolskiej trwa i trwa. Ponowne wypelnianie wniosków, zdjęcia, odciski. Biurokracja tu też ma się dobrze. Widać jednak jak bardzo Angola wyprzedza technologicznie Kongo. Jest porządek. Za granicą mkniemy jak najszybciej do następnej granicy z Kongiem Demokratycznym za 250 km. Droga pozwala nawet w deszczu na wyciągnięcie 100 km/h. I bylibyśmy na granicy bardzo szybko, ale szczegółowe kontrole policyjne spowalniają nasze tempo. W końcu w ulewnym deszczu docieramy na granicę. I jedna granica, i druga to przewlekająca się procedura spisywanie, zdjęć, papierków - beznadzieja trwająca godzinami. Z mapy wynika , że za granicę mam50 km. szutru i drogę międzynarodową. Więc tniemy , aby jak najszybciej dostać się na upragniony asfalt. Droga prowadzi przez pola, łąki, kałuże, piach. Bajorka i łachy piachu robię szybkością martwiąc się czy nie zaleję wodą filtra bo wydech jest i tak wtedy zanurzony. Ludzie robią w polu, ale nigdzie nie widzę samochodów. Całą trasę do wsi robią piechotką z motyką na ramieniu. W końcu widzę na GPS, że wjeżdżam na międzynarodówkę i już się cieszę po stresie polnej drogi. Nie mogę uwierzyć jak widzę czym będę jechał do Matadi. Droga wygląda gorzej niż ta dojazdówka -szutrówka. Szerokie błoto, kałuze, tarka i jazda przez całą szerkośc drogi aby trafić na ten lepszy przejazd.

Obrazek

Ciężarówka chwieje się na wszystkie strony i wlecze się. My staramy się dbając o nasze pojazdy pokonać trasę jak najszybciej. W wioskach widzę chyba najwiekszą biedę na naszej trasie. Wioski są rozłożone wzdłuż drogi ok metr nad nią tak aby deszcz nie topił wiosek , a spływał drogą. Domy najczęściej zbudowane z trzciny lub desek, rzadko murowane. Dzieci nie żebrzą, zbyt rzadko widzą białego. Chrześcijanie z małymi kościołami zbudowanymi jak ich domy i dzwonnica z felg samochodów. zamiast dzwonu. Salutem wyciąga Toyotę z kałuży, która by na wieki utopila malucha. Powoli jedziemy dalej. Postanawiamy jechać nawet przez noc do Matadi. Spóźnienie wymusza pośpiech. Przed zachodem widzimy horyzont pokryty takim granatem , że aż wzbudza dreszcze. Po szybkich fotach jak najszybciej chcemy się wydostać spod wpływu burzy. Daleko nie zajeżdzamy gdy w wiosce rozpętuje sie wiatr i na razie lekki deszcz. Ludzie pochowali się do domów, nie ma sie kogo spytać o nocleg. Postanawiamy jechać dalej licząc , że nas ominie. Droga w światłach reflektorów nabiera wody - spływa rzeka. Szukamy ciagle przejazdu. W niedalekiej wiosce widzę jak ludzie starają się ratować dobytek przed powodzią. Przy wyjeżdzie stoją samochody barykadujac przejazd. Jak się okazuje cieżarówka stoczyła się do rowu i na grząskiej nawierzchni nie może wjechać spowrotem na drogę. Ja też ślizgam się na tej brei we wszystkie strony. Czekamy , aż odblokują drogę. Na szczęście przestało padac i droga od razu zaczęła obsychac. Dłuuuuga noc. W końcu możemy jechać. Jedziemy w sznureczku bez pasażerów - takie tempo i droga, aby nie wypaść z kolein. Nagle Piton odmawia posłuszenstwa. Gaśnie. Stoję na poboczu, sprawdzam co się stało. Jeden z wtryskiwaczy się zatkał. Wymieniam. Piton po godz. rusza. Dalsza droga jakby łatwiejsza - choć nie szybsza. Ciągłe wypatrywanie lepszego przejazdu daje zmęczonemu organizmowi popalic. W końcu dojeżdzamy do Bama miejscowości od której podobno jest asfalt. Niestety musimy zapłacić tu za kongijeskie drogi 60 $ od samoch. Po takich przygodach na drodze to była kpina - gorze,j że czarny miał nas w d. i albo płacimy, albo nie ma przejazdu. Nie mamy wyjścia płacimy i jedziemy. Droga asfaltowa przez Bama okazuje sie prawdziwą tragedią To jak poligon. Doły tym razem mogą skryć nawet Pitona. Bardzo powoli wybieram drogę przejazdu. Często koła prowadzę obrzeżem lejów mimo wszystko słyszę jak Piton trzeszczy. Całe miasto wygląda jakby nagle opustoszałe po jakimś pogromie. Oczywiście pełno śmieci, straganików i ogniska jakiejś biedoty. Za miastem droga się polepsza i mogę wyciągnąć nawet 60 km/h. Już nie daję rady dalej jechać i przed świtem kładę się na krótką drzemkę.


14.02
Mbanza Congo - 14900 km.
Po godzinnej drzemce na poboczu drogi przy szpitalu ruszam dalej. Ostatnie km. do Matadi to droga przez wioski. Ludzie wychodzący do pracy, kozy szukające porannego śniadania, przeciążone do granic możliwości samochodzy. Powszechne przemieszczanie się ludzi siedzących na przednich maskach samochodów osobowych.

Obrazek

Matadi leży na zobaczu wzgórz nad rzeką Congo. Pięknie sie prezentuje w panoramie przeciwleglej dojazdowej drogi. Niestety po dojeżdzie wyglada to jak zawsze tragicznie. Śmieci =, dziury = ścisk. Jadę przez zawieszony most jak najszybciej na granicę. Congo Demokrtyczne jawi mi się najtragiczniejszniejszym z mijanych krain. Po stronie Angolskiej obszerna granica, profesjonalny sprzęt i nadzwyczajnie cicho i czysto. Po kongijskiej próby wymuszania kasy, zgiełk/bałagan. Dwa światy, dwa kraje sąsiady. Niestety odprawy trwają długo i dopiero w południe wyjeżdzamy z granicy. Mamy 50 km. szutrówk,i a dalej zobaczymy. Mijamy powoli wioski rozłożone wzdłuż drogi - ciche, czyste. Po tej szutrówce spodziewam sie asfaltu ale...Niestety trafiam na asfalt rozsypujący się ze starosci lub złym wykonaniem.

15.02
Lounda - 15300 km.
Po bardzo przyjemnej (chłodnej) nocy w hoteliku ruszamy do stolicy Angoli. Mkniemy po wzgórzach nad Ocean. Miła przyjemna droga z panoramą jak z Bieszczadzkich Połonin.
Obiad w miasteczku nad Oceanem i wymiana kasy po czarnorynkowym kursie 1 $ ==360 Kwanza. Dzięki galopującej inflacji Angola staje sie dla nas tańsza. Ropa naftowa wychodzi po przeliczeniu 1.30 zł. Upał podczas drogi nie męczy. Szybko docieramy do stolicy i kierujemy sie na Yacht Club w samym centrum nabrzeża. Menadzer Clubu udziela nam darmowego noclegu na nabrzeżu.

Obrazek

Mamy kible, prysznice i wi-fi do dyspozycji. Super miejscówa z panoramą na piękne nowoczesne miasto. Wieczorny spacer po nowoczesnym mieście. Tanie piwo i spokojna bez komarów noc.
Strona Extreka: http://www.extrek.pl
Stronka wyprawy Dookoła Afryki: http://www.tripafryka.eu

piotr102
Awatar użytkownika
Administrator
Posty: 907
Rejestracja: 17 kwietnia 2011, 20:15 - ndz
Lokalizacja: wrocław
Kontaktowanie:

Re: Afryka 2017/2018 - relacja z podroży - Dookoła Afryki

Postautor: piotr102 » 25 lutego 2018, 16:59 - ndz

16.02
Park Quicama - 15400 km.
Rano jedziemy do ambasady Namibii. Są korki i nie działające światła. Docieramy przed otwarciem, robimy potrzebne skany i udajemy się do najbardziej wypasionej amby na naszej trasie. Pan zezowaty sekretarz przyjmuje dokumenty i 60 $ od wizy. Po ogromnych prośbach dziewczyn - zgadza się na wyrobienie wiz w trybie express - na dziś. Wracamy pełni nadziei na dzisiejszą kontynuację drogi. Jest gorąco. W Yaht Clubie - jak na patelni. Temp. dobija w cieniu do +41 C.
Zero cienia. Naprawiam Pitona narzędziami, które pieką w ręce. Wymieniam przednie klocki i dokręcam łożysko, które popiskuje od pewnego czasu. Po południu ruszamy do ambasady. Dostajemy wszyscy wizy oprócz Weroniki, która nie ma wystarczająco dużo miejsca na wizę. Sposobem usuwa dwie stare wizy i dostaje ostatnią wizę na trasie. Pocę się i dalej piję wodę. Uczę się tak poruszać, aby się jak najmniej pocić. Szczęściem wilgoć zostawiliśmy za sobą i zostało tylko nieznośne słońce. Do wieczora wyjeżdżamy w ścisku piątkowych korków z miasta. Jedziemy szybką drogą do Parku Quicama. Wjazd kosztuje 25 zł. Gdzie dokładnie jedziemy - nie wiemy. Szutrowa droga, po 40 km. docieramy do centrum Parku. Rozkładamy się koło podświetlanego basenu z chlorowana wodą. Korzystamy do późna (zamoczeni w ciepłej wodzie) z chłodu nocy i piwa.

17.02
Lobito - 15900 km.
Noc w Parku upływa pod znakiem walki z komarami. Niewiele śpię. Rano decyduję, że nie jadę na safari. Odpoczywam po nocy i przed drogą. Reszta za 4 tys. (12 $) wsiada do ciężarówki i rusza na 2 godz. poszukiwania zwierza. Ja zamiast odpoczywać bronię dobytku przed stadem małp. Nad nami od rana wisi burza i gdy wyjeżdżamy z Parku rzeka wody leje się z nieba prawie topiąc nas na drodze. Zatrzymanie grozi nam utknięciem na szutrówce, aż do wyschnięcia drogi. Udaje się pokonać trasę do bramy - 40 km. bez straty czasu. Za bramą kończy się ulewa i zaczyna bardzo dobra asfaltówka. Z nadzieją tnę na południe. Niestety, po ok. 100 km. zaczynają się roboty drogowe i musimy zjechać z drogi na poprowadzoną przez wzgórza i pola szutrówkę. Ponownie szybkościomierz nawet się nie rusza. Piton kolebie się i wyje na podjazdach. Ciągła uwaga męczy. W końcu stajemy przy restauracji, gdzie jemy europejski obiad. Za 20 zł. dostaję pierwsze i drugie danie, w ilości, której nie potrafię skonsumować. Dalsza droga zmienia krajobraz z soczystej zieleni na spaloną słońcem i zakurzoną brunatność. Jest to tak nagłe, jakbym przeniósł się do kraju - tylko temp. dalej ok. 30 st. Już po ciemku mijamy miasto Lobido, gdy łożysko przedniego koła ponownie odzywa się. Po zjechaniu na stację okazuje się, że spaliło się i muszę je wymienić. Tylko jak w nocy z soboty na niedziele znaleźć odpowiedniego mechanika. Na szczęście pracownicy stacji pomagają i czekamy na zamówionego mechanika. Mamy opóźnienie przez tygodniowe czekanie na wizy angolskie - spieszy nam się i nic nie możemy zrobić. Ach Afryka... Mamy szczęście - możemy się rozłożyć z namiotami i wykąpać.

18.02
Angola Ondjiva - 16700 km.
Przyjeżdża mechanik o godz. 1 w nocy. Widać, że się zna, ale nie dysponuje odpowiednimi kluczami do ściągnięcia piasty. Umawiamy się na rano. Idę spać. Rano przywozi ściągacz, ale znów brakuje mu odpowiedniego klucza - rusza na poszukiwania. Jest w końcu niedziela i trudno o cokolwiek. O 11 kończy kompletowanie kluczy i wymianę łożyska. Ruszamy do przodu chcąc dogonić chłopaków. Przed nami w końcu piękna droga, rzadko przecinana dziurami. Staram się wypatrywać dziur po kolorze nawierzchni, ale nie zawsze się udaje i Piton wpada rozpędzony nawet w 40 cm. dziury. Ile on może tego przeżyć. W koło pagórkowato i coraz niższa roślinność. Pokonujemy trasę 800 km do granicy z Namibią do godz. 23. Śpimy na nieczynnej stacji paliw. Gorąco i trochę latających ssacych.
Strona Extreka: http://www.extrek.pl
Stronka wyprawy Dookoła Afryki: http://www.tripafryka.eu


Wróć do „Relacje, wspomnienia, opinie”




  Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

cron